Jesteśmy już na Borneo na północnym wybrzeżu w mieście Kota Kinabalu. Podróż minęła nam bez problemów. Łódka z Perhentianów odpłynęła punktualnie do Kaula Besut. Tam mieliśmy zorganizowany transport na lotnisko w Kota Bahru. Czekaliśmy na bus 5 minut i ruszyliśmy na lotnisko. Na lotnisku czekaliśmy 3 godziny do wylotu. Nawet czas szybko i przyjemnie nam minął. Lecieliśmy 2 g 40 min prosto na Borneo. Przywitała nas pogoda o parę stopni niższa niż na rajskich wyspach. Dalej jest gorąco, ale czuć ten lekki spadek temperatury z 34 do 29 stopni 🙂

Mieszkamy w apartamentowcu z basenem na dachu. Wybieraliśmy mieszkanie z booking.com kierując się jak zawsze zdjęciami, oceną i odległością od centrum handlowego. I to był błąd. Chcieliśmy mieć blisko do dobrych sklepów, żeby zrobić zakupy jedzeniowe dla Maciusia. Skończyły nam się słoiczki dla niego. Centrum handlowe mamy po drugiej stronie ulicy w odległości 200 metrów,dzieli na 4 pasmowa ulica. Niestety nie mamy tam jak się dostać na pieszo. Nie ma tu żadnych chodników, wytyczonych miejsc dla pieszych! Nie ma tu przejść dla pieszych na skrzyżowaniach. Wszystko tu jest zorganizowane pod ruch samochodowy. Ciekawi mnie czy borneańscy mieszkańcy są wszyscy zmotoryzowani albo poruszają się taksówkami ? Raczej nie. Rzeczywiście nie widać ludzi na ulicach ani przechodzących przez ulice. Musieliśmy zamówić taksówkę by tam dotrzeć. Dziś mamy przejść się do starej części i wyczytaliśmy, że tam są chodniki 🙂

Nasze mieszkanie jest pomyłką, na zdjęciach wyglądało na nowoczesne i nowe. Ocenę miało 9/10. W mieszkaniu jest grzyb, śmierdzi, nad apartamentowcem przelatują samoloty, jest głośno w budynku i z ulicy. Całe szczęście, że tylko 2 noce i przemieszczamy się dalej. Widok z naszych okien też jest przykry. Obok nowoczesnego apartamentowca są slumsy na wodzie. Przykro mi patrzeć jak rodziny z dziećmi muszą żyć w takich warunkach. Smutne jak te małe 2-3 letnie dzieciaki biegają po deskach, uważając by nie wpaść do brudnej wody. Pewnie nie jedno z nich tam się skąpało. Jest tam kawełek ziemi, na której są śmieci, wyrzucone stare sprzęty i tam bawią się dzieci 😥

Jesteśmy w dzielnicy, gdzie są same nowoczesne budynki i olbrzymie, ekskluzywne centrum handlowe. A między tym dosłownie getto.

Zjadamy śniadanie i jak najszybciej stąd wychodzimy w inną część miasta.

Jest sezon na duriany, które są nazywane królami owoców. Wczoraj w centrum handlowym odważyliśmy się i kupiliśmy kawałek na spróbowanie. Ze względu na intensywny, nieprzyjemny zapach spróbowaliśmy go przed wejściem do budynku. W wielu miejscach są zakazy wnoszenia tego owocu do środka budynków. Wszyscy oprócz Grzesia i Maciusia spróbowaliśmy. Durian jest soczysty i ma konsystencję bardzo dojrzałej brzoskwini. Smak, hm….. jest to połączenie paru smaków, które ja bym opisała tak: bardzo słodkie mięsne smażone danie z cebulą. Dziękuję, spróbowałam i nie jest to dla mnie coś, co jestem w stanie jeść. Pozostali z rodzinki również, nikt z nas nie zostanie smakoszem durianów. Mogę sobie wyobrazić, że ktoś może to lubić, ma połączenie wielu smaków. Oprócz odrzucającego jak dla mnie zapachu, durian ma jeszcze taki minus, ze długo się odbija. Fuj. Nawet jak się coś po nim zje i napije.

W sklepach można kupić za ok. 30 zł paczkę ciastek z durianami albo suszone. Może przywieziemy do Polski na spróbowanie dla odważnych 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *