Chociaż trudno zliczyć ile razy dzieciaki były w Zakopanem, to jednak do tej pory nie chodziliśmy na bardziej wymagające wycieczki i zwykle wyprawy ograniczały się do krótszych lub dłuższych spacerów po dolinach.

Dla mnie wyjście w góry na regularny szlak wiązało się z obawą, że któreś z dzieciaków w pewnym momencie po prostu odmówi i powie, że nie idzie dalej. Okazało się jednak, że dzieciaki doskonale sobie poradziły i pod koniec dnia miały zdecydowanie więcej energii niż dorośli, ale od początku…

Droga z Cyrhli do Murowańca prowadzi czerwonym szlakiem przez Psią Trawkę, dalej czarnym szlakiem i według Turystycznej Mapy zajmuje ponad 3 godziny.

Plan był następujący: wychodzimy z Cyrhli, idziemy do Murowańca, robimy przerwę na obiad, idziemy nad Czarny Staw Gąsienicowy i wracamy do domu. I wszystko wskazuje na to, że udałoby nam się, gdybyśmy wyszli około 9 rano, a wyszliśmy… o 13 z minutami.

W sumie biorąc pod uwagę to, że zwykle śniadanie jemy miedzy 10 a 11 i była nas czwórka dorosłych i szóstka dzieci nie jest to szokujący wynik, no ale powiedzmy sobie szczerze wyszliśmy bardzo późno. Było to drugie wyjście (dzień wcześniej przeszliśmy do Kuźnic), więc zapał też jakby mniejszy.

Do Psiej Trawki doszliśmy dość szybko robiąc krótkie przystanki na ciepłą herbatę (zasługa zdecydowanie Franka, bez którego nie mielibyśmy termosu) i słodycze – czekolada i żelki sprawdziły się doskonale, musy owocowe dla Maćka też zdać dały radę.

Od Psiej Trawki aż do Murowańca prowadzi dość monotonna kilkukilometrowa kamienista droga pod górę i właśnie ona okazała się najtrudniejszym fragmentem wycieczki i gdyby nie optymizm i dobry nastrój Justyny, która dopingowala dzieciaki, kto wie jak długo zajęłoby nam podejście… a tak o 16:00 byliśmy już w Murowańcu.

Schronisko działa jak dobrze naoliwiona maszyna i pomimo tłumów na zamówione jedzenie czekaliśmy nie więcej niż 10 minut. Kuchnia jest lepsza, niż w większości knajpek w Zakopanem, chociaż wpływ na to pewnie też ma wysiłek, bo nawet kompot smakuje wyjatkowo o szarlotce nie wspominając.

Dzieciaki szybko odzyskały energię i mniej więcej po 1,5 godziny ruszyliśmy w drogę powrotną przez Boczań do Kuźnic. Na dole byliśmy po 19.

Było to pierwsze poważniejsze wyjście z długą trasą i przewyższeniami i bardzo udane – dzieciaki zadowolone i nawet nie bardzo zmęczone (chociaż spały jak susły do rana), dorośli też mieli okazje złapać po wysiłku trochę endorfin, kto wie, może następnym razem nocleg w schronisku i Czarny Staw bladym świtem…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *